Victorian London RPG
IndeksFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Nicolas de Robespierre

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Nicolas de Robespierre

avatar

Profesja : Artysta
Wiek postaci : 22

PisanieTemat: Nicolas de Robespierre   Wto 25 Maj 2010, 23:57

Imię i nazwisko: Nicolas de Robesspiere

Rasa: Człowiek

Profesja: Artysta(aktor, złodziej)
Wiek: 22

Lateralizacja: Leworęczna

Cechy:
Fizyczne
Siła: **
Zręczność: **
Szybkość: **
Wytrzymałość: *
Społeczne
Charyzma: ***
Wygląd: ***
Umysłowe
Inteligencja: ***
Siła woli: ***
Spostrzegawczość: **


Umiejętności: 1. Czytanie i pisanie, 2. Lingwistyka - angielski, 3. Aktorstwo, 4. Uwodzenie, 5. Dyplomacja, 6. Dobra znajomość okolicy, 7. Kradzież, 8. Akrobatyka, 9. Skradanie się 10. Specjalizacja w walce bronią - sztylet, 11. Wiedza tajemna.


Wady: 1. Prześladowany przed złego ducha, 2. konflikt z naturą, 3. Słaba głowa 4. Alergia( choć bardziej strach przed psami)

Zalety: 1. aktorstwo(mistrzostwo), 2. wzbudzanie zaufania, 3. medium, 4.Widzenie aur.

Ekwipunek: Sztylet, nóż, rewolwer, paczka nabojów, pieniądze, notatnik, ołówek, pamiętnik.


Wygląd: Nicolas jest dobrze zbudowanym, przystojnym brunetem cieszącym się 70. calami wzrostu i już niekoniecznie siatką, chaotycznie rozłożonych blizn na ciele. Mężczyzna jest szczęśliwym posiadaczem długich czarnych włosów, splecionych w koński ogon, które zasłaniają ślad po ranie ciętej. Ma on smukłą twarz przyozdobioną siatką ledwo widocznych piegów. Ku jego nie pohamowanej radości ma prosty, nos oraz piękny, biały uśmiech, nieuszczuplony o żadnego zęba. Z czego jest dumny, zważywszy na towarzyszący mu przez całe życie dopust boży. Choć zwrot „diabelny” byłby bardziej na miejscu.

Na jego twarzy często gości dobrotliwy uśmiech, choć nie jest on uzewnętrznieniem aktualnych emocji, jakie szargają tego mężczyznę. Mimikę, jak i całą gestykulację, używa do osiągnięcia celu jakim może być wzbudzenie empatii lub danie wyrazu, iż sam ją odczuwa. Choć często jest tak, że zwyczajnie na świecie, chce po prostu „poćwiczyć” na kimś swoje triki, udając wesołą czy też smutną osobę, a często gwałtowanie zmienia swój wyraz twarzy, jak i zachowanie by wprawić w dezorientacje swoją „ofiarę”.

Na prawym policzku oraz szyi znajdują się dwa maleńkie brązowe pieprzyki. Nicolas ma prawie zawsze drobny zarost, który czasem pociera dłonią. Szczególnie wtedy, gdy się nad czymś zastanawia lub intensywnie myśli. W tym miejscy trzeba zaznaczyć, że nigdy nie zdarzyło mu się zapuścić brody, czy też wąsów w takim stopniu jak włosów.

Jego szczególną cechą są jasne oczy, składające się z dwóch kolorów - niebieskiego i zielonego. Aby zauważyć ten swoisty fenomen trzeba bliżej przyjrzeć się mężczyźnie. Co nie jest łatwe gdyż z daleka w ogóle nie widać -żadnej- różnicy, a sam Nicolas (w zależności od sytuacji) stosuje różne sztuczki, aby jego rozmówca zainteresował się tym "zjawiskiem" albo mężczyzna unika wzorku swojego rozmówcy mi. przez przymrużanie oczu, unikanie kontaktu wzrokowego, przelotne spojrzenia, różnego rodzaju ruchy głową, czyli krótko mówiąc – grę aktorską, którą opanował do perfekcji. W tych oczach skrywa się głębia, której interpretacja zależy od osoby z którą się aktualnie zadaje. A opinie jak nietrudno się domyśleć się są skrajne - od pozytywnych po negatywne. Gdyż każda inność może rodzić złość.

Do tego lewe ucho przyozdabia niewielkich rozmiarów kolczyk. Taki kaprys i nic więcej.

Jego twarz jest jedyną częścią ciała na której nie widać, żadnych blizn. Jednakże(jeśli chodzi o górną cześć ciała) na prawym boku szyi kończy się jedna blizna, która przechodzi wraz z dwiema innymi(szarpanymi) przez cały tors. Wokół nich, są ślady po oparzeniach oraz ranach ciętych. Na rękach nie posiada prawie w ogóle blizn. Tutaj także trzeba wspomnieć o jednej intrygującej sprawie, a mianowicie jego dotyku. Gdyż na jego lewej dłoni(od strony wewnętrznej) znajduje się zabliźniona rana poparzeniu, co powoduje, że w bliższych kontaktach między ludzkich ma szorstki dotyk, czy też uścisk. Opozycje do tego stanowi prawa dłoń, która jest "delikatniejsza", sprawiająca wrażenie, że jej właściciel nie lubi się zbytnio przemęczać i parać ciężką, fizyczną pracą. Chcą wzbudzić czyjeś zaufanie, może położyć mu rękę na ramieniu albo przywitać się z nim podając mu prawą rękę chyba, że będzie chciał zaszokować swojego rozmówce, to wtedy przywita się lewą.

Pod kolanem ma zabliźnioną ranę po ugryzieniu psa oraz po postrzale. Nicolas stara się dobrze kamuflować swoje blizny, gdyż nie lubi o nich rozmawiać. Powodują one u niezbyt obytych i taktownych istot, nie koniecznie miłe i wygodne pytania, wzbudzając przy tym skrajne emocje, od nie ufności po litość. Mogą się stać obiektem nie zdrowej ciekawości, a każde dziecko wie dokąd ona prowadzi.

Mężczyzna przeważnie dobierając ubrania wybiera rzeczy w jednolitej tonacji, może być ona zarówno ciemna jak i jasna, gdyż nie lubi kontrastów. Obecnie wystroił się dobierając ciemną kolorystykę, z przewagą barwy czarnej. Założył na siebie, płaszcz (z peleryną) wykonany z czarnej wełny. W głębi płaszcza schowany ma rewolwer oraz sztylet. Do tego nosi podróżne rękawiczki ze skóry oraz buty z cholewami(w barwie ciemno-szarej). W jednym z nich schowany ma nóż. Na głowie nosi przeważnie prosty kapelusz. Stara się w miarę dbać o swoje ubranie, aby było czyste i schludne, ale w tych brutalnych i mrocznych czasach jest to awykonalne zdanie, przez to gdzie nie gdzie można dostrzec brudne plamki, które nikną w ciemnoszarej kolorystyce. Nicolas bardzo często zmienia swoje ubrania, ale zachowuje styl drobnomieszczański, czasem trochę awanturniczy, przy czym w cale nieznana nie jest mu garderoba dworna czy też szlachecka, to wnika z jego pracy w teatrze.


Charakter:
Opisać go jako hipokrytę, osobę dwulicową, fałszywą, obłudną, zakłamaną, nieuczciwą wobec świata i samego siebie, wcale nie byłoby wielką przesadą mijającą się z znacznie z prawdą, gdyż istnieje jeszcze wiele nie wymienionych przymiotników, które w mniejszym albo większym stopniu oddawałyby jego przywary.

Jednakże dokonując najprostszej systematyki, jego osobność kształtowała się na dwóch płaszczyznach. Jedna z nich wyraża się pod postacią zewnętrznej maski, jaką zakłada wobec otaczających go ludzi, a wtedy dzięki swoim aktorskim umiejętnością jest w stanie odegrać np. dobrego stróża prawa jak i inny fach, o którym przeważnie ma dość znikomą widzę. Czasem ludzie go kupią a innym razem nie. Jak chce, to ludzie mogą w nim odnaleźć najróżniejsze cechy, po życzliwą i tolerancyjną dobroć aż po skrajną, nienawiść. Jednakże rzadko kiedy zatraca się w tej grze pozorów, na tyle by dość mocno przekroczyć pewną ustaloną granice czy też konwencje.

Pomaga ludziom, działa dla ich dobra, tylko i wyłącznie wtedy gdy przyniesie mu to zysk, dlatego też można by go nazwać oportunistą, gdyby nie fakt to, że od czasu do czasu ma przebłyski prawdziwej, nie skalnej i głęboko ukrytej w każdym człowieku przyzwoitości. Jednakże najwyższą wartością dla niego jest własna, skromna osoba. Dlatego też w obliczu realnego zagrożenia raczej wybierze mniejsze zło, czyli zapite sumienia i następującego po nim nieuchronnie kaca(nie tylko moralnego) na widok zabitej osoby, aniżeli wyobrażenia siebie na jej miejscu.

W jego życiu zdarzyło mu się pomóc bezinteresownie paru osobą, przeważnie płci pięknej. Do której ma w jakimś stopniu słabość uzewnętrznią szarmanckim zachowaniem - a podczas swoistych libacji alkoholowych - chęcią zaimponowania. Ta „wada” jest uzależniona od stopnia zaciekawiania go przez konkretną kobietę, gdyż niektóre zwyczajnie ignoruje. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o wygląd zewnętrzny(choć i on ma znaczenie), ale i o zachowanie połączone z gestykulacją. A gdy już taka osoba przejdzie quasi-lustrację, która nie kiedy opiera się na instynktownej ocenie, to potrafi też bardzo szybko zakończyć ową znajomość, gdy dama zbytnio zainteresuje się jego bliznami. Jak już było wcześniej wspomniane, nie przepada za takimi osobami. Gdyż każdy taki podmiot odbiegający od normy jest podejrzany i niebezpieczny, mogący mu zaszkodzić. A takich trzeba szybko i profilaktycznie neutralizować. Taka ironia.

Co do ludzi(w ujęciu ogólnym), to czasem łapie siebie na tym, że mimowolnie im się przygląda czy też obserwuje ich zachowanie, prowadząc jakby "badania społeczne" i w ten sposób buduje swój światopogląd. Generalizując ma o nich takie zdanie, że są jeszcze bardziej nikczemni i w znacznie większym stopniu pozbawieni zdolności honorowej niż on sam. On kradnie i zabija by przeżyć a "oni" robią to z natury, dla zaspokojenia swoich chorych ambicji. Według niego wynika to z autokreacji tego świata. Dlatego też jego idealne uniwersum jest bezcielesnym bytem, które zwie się w myśl idei „vive larte” sztuką. Ona jest piękna i nieskazitelna, pozbawiona pierwotnych instynktów, które mogą ją ograniczać. Dlatego też na piedestale jego wartości, zajmuje bardzo wysokie miejsce. Podświadomie odnosi się ona do jego wewnętrznego „ja”, czyli do drugiej formy jaka się w nim ukształtowała. Choć i ta płaszczyzna dzieli się na dwie części. Jedna jest wizją utopijną. Czyli jego wyobrażeniem, jak powinien wyglądać i się zachowywać a druga odnosi się do tego kim naprawdę jest. Choć przyznanie się do tego przed samym sobą nie jest takie łatwe.


Nicolas jest osobą, którą szargają skrajne emocje mimo, że zewnętrznie nie daje tego po sobie poznać. Wynika, to z jego wyobrażeniu o życiu jako grze, która mimo pewnej przyjętej konwencji społecznej, ma niejasne reguły, które można ogólnie określić, jako z jednej strony hedonistyczne, a z drugiej opierające się na tym by nie dać się zabić w świecie szarego przemysłu, by tak ustawić swoją pozycje by inni nie mogli cię zabić. Tutaj każdy człowiek przybiera maskę i zachowuje się tak jak inni oczekują tego od niego. Wynika to z abstrakcyjnego, nieosobowego wzorca postępowania. Zachowuj się tak jak inni. Dlatego też wszystkie relacje między ludzkie dla niego są utartym, tkliwym i żałości godnym schematem, dlatego też ironicznie odnosi się do obyczajów, zwyczajów czy wszelkiego rodzaju norm, często żartując sobie z nich. Jednakże zdaje sobie sprawę, że sam musi wielotonie zakładać i zmieniać maskę, aby nie tyle być zrozumianym przez innych, co przeżyć kolejny dzień. Dlatego rzadko odkrywa przed kimś swoje prawdziwe emocje i uczucia, bojąc się tego aby przypadkiem ta osoba nie zyskała nad nim przewagi i go upokorzyła, gdyż niczego innego nie boi się bardziej na świecie, jak tego rodzaju uczucia, które nie jest łatwo zdefiniować. W nim jest ukryta pogarda, nie zrozumienie et cetera.

Nie jest łatwo być właścicielem tylu skrajnych emocji, zachowań i przy tym nie stracić zdrowych zmysłów dlatego też wobec nielicznego grona osób, które obdarzył w mniejszym lub większym stopniu zaufaniem, potrafi być impulsywny, by przez gwałtowne, czasem agresywne zachowanie wyładować swoje skumulowane emocje - złość, bezsilność et cetera. Dlatego, gdy rozmyje się jego codzienny kamuflaż może naprawdę być przybity, płacząc nad swoim losem. Tyle po to by zmobilizować się kolejnego dnia, ponownie założyć maskę i wkroczyć na deski teatru.


Historia:

Nikt z natury nie jest zły, nikt nie rodzi się mordercą, złodziejem czy skrajnym dewotem albo krystalicznie uczciwym i poczciwym człowiekiem, każdy ma swoją białą kartę, która zostaje zapisana. Nie tyle przez niego samego, co czasy, środowisko w jakim przyszło mu koegzystować z innymi ludźmi oraz wiekopomne chwile, wydarzenia a czasem zwykłe słowa. Niekiedy zdarza się tak, że te białe kartki zapisuje ręka, o charakterze pisma tak pięknym, że nie jeden poeta by piał z zachwytu. Ale czym jest forma? Gdy treść z upływem czasu bywa coraz bardziej wątpliwa. Wtedy, to następuje przerost jednego nad drugim a i karta może zmienić barwę…

Na porozrzucanych kartkach zaczęły powstać maleńkie, szare plamy, które z sekundy na sekundę robiły się coraz większe, rozmazując przy tym czarny atrament, także to co przed chwilą było szkicem scenariusza teraz zaczęło niknąć o oczach, zamieniając się w brudny zlepek papieru. Jakby tego było mało, z zachmurzonego nieba zaczęły spadać grube krople deszczu, które dokończyły dzieło zniszczenia spowodowane w sumie przez nie wielką, błotnistą kałużę. Obok niej, leżał mężczyzna, który zaczął energicznie masować czoło, jęcząc przy tym zawodnie. Upadek ze schodów, spowodował u niego chwile otumanienia. Przez to, nie zdawał sobie sprawy z tego co się właściwie stało. Hałas jaki spowodował, przewracając się na śmietnik był na tyle głośny, by po chwili otworzyły się tylnie drzwi od teatru. Wyszedł z nich gruby mężczyzna w średnim wieku i patrząc na zaistniałą sytuacje jęknął, a raczej zawył jeszcze głośniej, aniżeli ten moknący i ubrudzony nieszczęśnik na ziemi.
- Debil. Idiota, chędożony odmieniec - krzyknął głośno, schodząc po schodach i oceniając szybko sytuacje. Podniósł z ziemi zlepek kartek, patrząc na nie z przerażeniem. podniósł wzroku ku niebu, mając nadzieje, że to co widzi jest iluzją, wytworem jego wyobraźni. Niestety rzeczywistość była brutalna. Wrócił myślami na ziemie.
– czego, ty kurwa nie zrozumiałaś, co? Ile raz powtarzałem by uważać jak się wychodzi tylnym wejściem. Wiesz co ty zrobiłeś? Wiesz, co ty najlepszego zrobiłeś – rozwrzeszczał się na dobre, kopiąc go bezlitośni w plecy, gdy ten próbował wstać. Czego skutkiem było, to że chłopak ponownie zarywał twarzą w błoto.
- Co ja teraz powiem, dyrektorowi? Co? – napluł mu soczyście na twarz, gdy ten wciąż nie zdając sobie sprawy z tego co się stało, odwrócił się w stronę grubasa i spojrzał na niego nie przytomnie. Strużka śliny nie zrobiła na nim większego wrażenia z tego względu, że deszcz był coraz mocniejszy. Jedynym jego plusem było to, że powoli odzyskiwał świadomość.
– Miał dyrektor rację… by parszywego odmieńca nie zatrudniać. Zaraza. - mruknął pod nosem i złośliwie zmrużył oczy, po czym zwrócił się do niego, akcentując powoli i dobitnie każde słowo.
- Thomas... debilu – zamilkł. By po chwili dodać z goryczą – nie wierzyłem, jak cię oskarżali, że pijesz, kradniesz i sprzątaczki na zapleczu dupczysz. Ale teraz miarka się przebrała. Cały tydzień pisałem to dzieło. A ty je w ciągu sekundy zniszczałeś, będąc pewno pijany. Tak na pewno ukradłeś wino... tak to musiałeś być TY – zakończył z przekonaniem w głosie, który lekko zaczął drgać. – dlatego... dlatego zwalniam cię. -
Grubas odwrócił się na pięcie tak, aby móc jeszcze raz kopnąć, leżącego na ziemi mężczyznę. Wycierając ręką, mokrą od deszczu twarz, wszedł powrotem po schodach do teatru. Ostentacyjnie i z sporym hukiem zamknął drzwi za sobą, przekręcając głośno klucz w zamku. Tak, aby chłopak wiedział, że nie ma po co tam wracać.

- Thomasie… ukochany, Thomasie a raczej Nicolasie – odezwała się kobieta, która stała nie daleko i obserwowała całą sytuacje. Teraz uśmiechając się przemiło, sparodiowała grubasa zwracając się do mężczyzny, który w końcu wstał, pojękując przy tym cicho. Na czole zrobił mu się duży i pulsujący siniak, koloru dojrzałej śliwki.
- dziewki dupczysz, wino kradniesz i scenariusze niszczysz, co z ciebie za niefrasobliwy młodzieniec albo odmieniec, zresztą na to samo wychodzi.-
Nicolas spojrzał na nią ze szczerą, nie ukrywaną złością i warknął- Ty zdziro! To zrobiłaś. Ty mnie popchnęłaś, także upadłem! Ty powodujesz wszystkie nieszczęścia, które mnie spotykają! Odwal się w końcu ode mnie.-
kobieta uniosła się parę cali nad ziemie i poszybowała w jego stronę, także zatrzymała się na jeden łokieć od niego i wykonała ruch ręką jakby chciała go objąć i zarazem pocałować, lecz się rozmyśliła. – Nigdy ukochany. – powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy i uśmiechając się przy tym jeszcze bardziej złośliwe. – Nigdy cię nie opuszczę, jesteśmy yhym – zamyśliła się na chwile. – jak małżeństwo… przysięgaliśmy sobie miłość do grobowej deski.
Nicolas odwzajemnił spojrzenie i mówiąc słodko, dobitnie zaakcentował ostatnie trzy słowa - w takim razie umowa nie ważna. Przecież TY UMARŁAŚ KOCHANA-
- Umarłam… - powtórzyła za nim poirytowana, oddalając się od niego o parę cali - zabiłeś mnie, a nie umarłam.-
- Na jedno wychodzi – podsumował jednym zdaniem, zjadliwie rozmowę i nie oglądając się za siebie wyszedł na ulicę.


***


Urodziłem się gdzieś we Francji. Może w Arras? Skąd pochodziła moja rodzina. A może w Paryżu? W sumie do końca nie jestem tego pewny. Choć jedno wiem. Migdy więcej nie wrócę do tego miasta. Nigdy. Chyba żeby je spalić. Patrzeć jak płonie. Kona w powolnych męczarniach. Agonii. Jak motłoch, który zamordował ojca, pali się żywcem. Nienawiść? Jest ona niczym w porównaniu do uczucia jakie mnie ogrania, gdy myślę o tym mieście. Moje najgorsze wspomnienia z dzieciństwa są z nim na zawsze związane. Dopóki Paryż będzie istniał, ja istnieć normalnie nie mogę. Nienawiść. Tu uczucie wyniszcza... pali mnie od środka.

Podniesione i podniecone głosy. Ktoś coś mówi? Nie. Raczej krzyczy.Na pohybel mu, z ciąć go! Zabić! Skąd to dobiegało? Z szafotu? Z tłumu? Który coraz liczniej zbierał się na placu. Nie wiem. Nie chce wiedzieć, bo wszyscy, którzy tam byli są winni! I kiedyś mi za to odpowiedzą. Obiecuje im, to. Klnę się na boga. Zemsta. Będzie! i to krwawa.
Jakoś tak się stało, że zapamiętałem wyraz twarzy ojca. A w szczególności jego niebieskie oczy, które przez krótką chwile były zwrócone w moją stronę. Spojrzałem w nie. Był w nich ukryty szok, przerażenie, pogarda, nie zrozumienie tego co się właściwie dzieje. Potem już zapanowała ciemność. Nie dla mnie, acz dla nich, dla niego. Ktoś podniósł ściętą głowę ojca. Potrząsną ją i… chyba się zaśmiał. Nie wiem czemu, ale nie płakałem. Co z nią potem zrobił? Nie wiem. Nie chce wiedzieć i nie pamiętam. A nawet gdybym chciał to nie potrafię. Dookoła mnie panowała dzika radość i euforia... Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale ja nic więcej nie pamiętam. Ktoś uderzył mnie mocno w głowę i zapanował mrok. Tym razem dla mnie.

Ojciec został zabity i tego dnia umarłem wraz z nim. Przynajmniej tak mi się wydało. Świat w jakim się obudziłem nie był już taki sam jak wcześniej. Poznałem jego drugą, znacznie gorszą stronę. Musiałem się przystosować do jego reguł. Do gry w którą zaczął ze mną grać. A zasada była jedna... prosta do bólu. Przeżyj i nie daj się zabić. Nie ważne jakim sposobem. Przeżyj by móc kolejnego dnia znowu wstać i zacząć grać od nowa, dopóki nie przegrasz. Nie umrzesz... nie zostaniesz zabity. Nie wiem jak długo leżałem nie przytomny i co się ze mną działo. Ale ktoś ciął mnie w głowę, zostawiając mi pamiątkę po tym feralnym dniu. Nie wiem… jak często to słowo powtarzam? Nie wiem, kto mnie uratował i po co? Ale zrobił to. Trafiłem do sierocińca, gdzie spędziłem kolejnych parę lat swojego życia. Co z niego wyniosłem? Nauczyłem się kłamać, kraść i a nawet zabijać. Udawać, kogoś kim w cale nie byłem. Bycie dzieckiem zabitego rewolucjonisty, wcale nie gwarantuje sielanki. W szczególności, gdy się dzieciak różni się od swoich rówieśników. Nie tylko tym, że ich ojcowie byli zwykłymi kryminalistami, a mój politycznym, ale także wyglądam... kolorem oczu. Inność rodzi złość. Z tego miejsca wyniosłem jeszcze bliznę pod kolanem. Nie wiedzieć czemu, ale bałem się zwierząt, a one odwzajemniały to uczucie. Choć strach najbardziej odczuwałem przed psami, który później się spotęgował. Te zjawisko wraz z moją odmiennością, powodowało, że dzieciaki uważały mnie za demona, diabła, rokitę czy inną czarcią kreaturę. Dlatego jeden z nich poszczuł mnie kiedyś wilczurem. Zabiłem go. Znacz się dzieciaka. Wtedy po raz pierwszy od śmierci ojca dałem upust swojej złości. W porównaniu do mnie, to zasłużył na los jaki go spotkał.


***


- Nicolas! Choć. No, choć ze mną... Coś ci pokaże... Spodoba się tobie - powiedział trochę podnieconym głosem chłopiec o mysich oczach i brązowych włosach, ciągnąc niezbyt wysokiego, brudnego dzieciaka na podwórze.
– No choć.- warknął agresywniej, gdy ten opornie przechodził przez kuchnie. Chłopiec nazwany Nicolasem z przerażeniem i nie ufnością, szedł za nim. Gdy już byli przy drzwiach, intuicyjnie sięgnął po nóż, który leżał na stole i schował go do rękawa. Na jego szczęście, pierwszy chłopiec tego nie zauważył.
– Co chcesz mi pokazać, Thomas? – odezwał się w końcu nie pewnym głosem, wyciągając powoli nóż, gdy już byli na zewnątrz.
- jego demonie – odpowiedział śmiejąc się i popychając Nicolasa w stronę wilczura. Był to bezpański pies, którego ktoś zranił w nogę. Ropiejąca rana straszliwe śmierdziała, a do tego wokół niej latało pełno much, które siadały na skaleczeniu i przenosiły zarazki. Zwierze leżało przy ścianie, nie mają siły by cokolwiek zrobić, lecz gdy chłopiec przewrócił się na nie, to oszalało. Wilczur wyczuwając dziwną aurę Nicolasa ugryzł go w nogę i kulejąc ruszył w stronę ulicy. Chłopiec upadł nieruchomo na ziemie. Na stąpnie, spojrzał z rosnącą nienawiścią w stronę Thomasa, który przestał się śmiać i mrużąc oczy pochylił się nad nim mówiąc.
- zdychaj jak ten pies, śmieciu. Nikt cię tutaj nie chce! Rozumiesz?
Nicolas nic nie odpowiedział, tylko z zaskakującą dla samego siebie szybkością, wyciągnął nóż i wykonał nim nieporadny zamach, bijając go w brzuch swego wroga. Thomas z wyrazem zaskoczenia na twarzy, który zamienił się w grymas bólu, cofnął się jeden krok do tyłu, uderzając plecami w ścianę, po której powoli zaczął się osuwać. Tym razem, to on spojrzał z niepewnością na Nicolasa, nie wiedząc co się właściwie stało. Chłopiec spojrzał mu w oczy i odczekał, aż zgaśnie w nich życie, po czym krzyknął –RATUNKU, POOOMOCY. – Słysząc nadbiegające osoby dodał, patrząc beznamiętnie na Thomasa. – ja też nie chcę dłużej tutaj być, rozumiesz?


***

To był jeden z ostatnich dni, jakie spędziłem w sierocińcu. Niecały tydzień później, odszedłem z stamtąd na zawsze. Choć, szczerze przyznam, że nie jestem przekonany, kto bardziej kogo nie lubił. Ja tego miejsca czy ono mnie. Siostry zakonne, które prowadziły ten boży przybytek, niezbyt uwierzyły w to, że nie miałem nic wspólnego ze śmiercią Thomasa. Wszyscy wiedzieli, że dzieciaki ledwo mnie tolerowały, ale z braku dowodów przyjęto moją wersję, iż zostaliśmy zaatakowani przez włóczęgę, który zwrócił na nas uwagę po tym, jak pies mnie zaatakował. Ponoć w tym czasie grasował jakiś bandyta, który atakował dzieci, więc i policja nie robiła problemów. Nie wiem złapano kiedykolwiek tego człowieka i czy w ogóle istniał. Ale każda poszlaka jest dobra by uciec od odpowiedzialności.

W sumie, to muszę doprecyzować kwestie mojego odejścia z sierocińca, bo nie do końca było tak, że sam o tym zadecydowałem. Tydzień, po przykrym incydencie z Thomasem, pojawiała się niezbyt wysoka, ale dość urodziwa kobieta. Wyglądała jakby miała trochę ponad 20 lat, chociaż przypuszczałem, że była znacznie starsza. Pisząc ten pamiętnik z dzisiejszej perspektywy, przyznam szczerze, że nie wiem ile tak naprawdę miała lat. Nie mogę sobie teraz przypomnieć, czy kiedykolwiek ją o to spytałem. Jednakże w wtedy, kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem było w niej coś, co jednocześnie budziło szacunek jak i zaufanie. Czy to powodował jej łagodny i dobrotliwy wyraz twarzy a może szczery i miły uśmiech? albo te jasne zielone oczy, w które dostrzegłem wesołe iskierki i chęć do życia. A przede wszystkim obudziła się w mnie nadzieja - myśl, że może ten świat nie jest wcale taki zły.


***


Do stołówki weszły dwie kobiety. Jedną z nich była wszystkim dzieciom, dobrze znana zakonnica Marie, a tej drugiej nikt dotąd nie widział, dlatego też wiele zaciekawionych par oczy śledziło nieznajomą, gdyż rzadko kiedy do przytułku św. Bernardyna, ktokolwiek przychodził. Wśród jego mieszkańców istniało przekonanie, że jest to miejsce zapominane, nie tylko przez ludzi, ale i Boga. Gdyby ten był wszechmocy, to pozwoliłby, aby ich rodzice zostali zabici, a oni sami tu trafili, bez żadnych szans na jakąkolwiek przyszłość. Inną aniżeli trafić do rynsztoku na ulicy, po ukończeniu pełnoletności. Dlatego tym bardziej osoba, która była nie tylko ładna, czysta, ale i dobrze ubrana, przyciągała spojrzenia. Choć największe poruszenie zapanowało, gdy owa dama, zatrzymała się na samym końcu stołu, kucając przed małym drobnym, i na dodatek najbardziej ubrudzonym chłopcem, który powszechnie był uważany za niebezpiecznego dziwoląga. Nikt nie usłyszał co do niego powiedziała, ale wymienili tylko parę słów. Po czym razem wyszli i już nigdy więcej ich nie widziano. Ani kobiety ani Nicolasa.
- czy chciałbyś stąd odejść i już nigdy więcej tu nie wrócić - zapytała, ze spokojem kobieta, uśmiechając się dobrotliwe do chłopca. W jej zachowaniu, spojrzeniu było coś, co budziło pozytywne emocje i powodowało, że nikły te negatywne. Coś co nakazywało jej nie tyle zaufać ile uwierzyć, że mówi prawdę. Dlatego też Nicolas długo się nie wahając, kiwnął głową na potwierdzenie mówiąc, krótko - tak - Kobieta wzięła go za rękę i pomogła mu wstać. Miała delikatną, miłą w dotyku dłoń, co potęgowało pozytywne uczucie, którym epatowała. Gdy już wyszli z budynku, to zatrzymała się i przez dłuższą chwilę milczała, jak gdyby zastanawiając się nad tym co powiedzieć. Po czym spojrzała na niego, mówiąc powoli.
- Znałam twojego ojca, to on właśnie prosił mnie bym się tobą zaopiekowała... jeżeli mu się coś stanie. - W momencie, w którym objęła zdezorientowanego chłopca, to za zaszkliły się jej piękne, zielone oczy, z których popłynęły łzy na jego ramię.
- Nicolas... przepraszam, że tak późno cię stąd zabrałam, ale mogłam cię wcześniej znaleźć... wybacz mi. - Chłopiec nie rozumiejąc zbytnio co się dzieje, aby wybrnąć z tej nie zręcznej sytuacji, spojrzał na nadjeżdżający powóz z którego wyłoniła się grupa dziwacznie ubranych ludzi. Kobieta widząc, gdzie powędrował jego wzrok. Uśmiechnęła się i dodała na sam koniec.
- O to twoja nowa rodzina. Mam nadzieję, że gra wędrownym teatrze się tobie spodoba. - Chłopiec, nie wiedząc zbytnio co powiedzieć, więc zadał pierwsze pytanie, które mu przyszło na myśl.
- a jak się Pani w sumie nazywa -
- Isabelle, ale przyjaciele mówią na mnie iskierka.


***


Od tamtej pory mój świat się diametralnie zmienił. Wyjechaliśmy niedługo potem z Paryża i po paru tygodniach podróży dotarliśmy do Anglii, gdzie moja nowa "rodzina" rozpoczęła turnee. Jak się okazało, byli grupą wędrownych aktorami, zarabiającą na życie po przez odstawienie różnych przedstawień po osadach i drobnych miasteczkach, gdzie gawiedź zbierała się tłumnie podczas różnych festynów. Jako dziecko przyglądałem się ich poczynaniom i szybko się uczyłem, nie tylko gry aktorskiej, na którą składała się gestykulacja, mimika czy ruchy sceniczne, ale i nowy język w miarę szybko opanowałem. A w raz z nim naukę czytania i pisania. W tej grupie po raz pierwszy nie czułem się obcy. Wszyscy w jakiś sposób się wyróżniali, przez to choćby kolor moich oczu, w końcu nie był obiektem drwin, tylko zaciekawienia. A nawet podziwu. Jednakże jedna tylko sprawa była kłopotliwa, nie mogłem zajmować się zwierzętami, gdyż te dziwnie na mnie reagowały. Choć nie tylko na mnie, Isabelle także się nimi nie zajmowała, gdyż twierdziła, że konie prędzej ją ugryzą aniżeli pozwolą, aby je dotknęła, co co najmniej wydawało mi się dziwne. Z nią od samego początku miałem najlepszy kontakt, nie tylko dlatego, że wyrwała mnie z tego piekła jakim był przytułek św. Bernarda, ale i dlatego, że potrafiła wzbudzić zaufanie. Następne paręnaście lat swojego życia spędziłem właśnie w ten sposób, jeżdżąc po Anglii i grając w teatrze, do czego, jak się okazało miałem wybitny talent.

Jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Nie które osoby z tej grupy wyraźnie różniły się od reszty. Choć w sumie, każdy był na swój sposób inny, można by rzec wyjątkowy. Zacząwszy od Isabelle a kończąc na mnie. Długo szargały mną mieszane uczucia, czy podzielić się swoimi spostrzeżeniami z kobietą, która była dla mnie niczym matka, ale bałem się. Sierociniec zrobił swoje. Nauczył mnie by kłamać... tłumić swoje odczucia i zakładać kamienną maskę na twarz, by na zewnątrz ludzie nie domyślili się, że mogę cokolwiek ukrywać, mieć jakieś wątpliwości co do świata, który mnie otacza. Tam wszystko było jasno określone w co należy wierzyć, a czego się wystrzegać. A tutaj przeniosłem te doświadczenia. Jedynie na scenie mogłem pozwolić sobie, by dać upust swoim emocją. Jednakże jedno wydarzenie zmusiło mnie do tego bym w końcu się przełamał i powiedział Isabelle o tym co widzę, a raczej czuję. Ta rozmowa odbyła się parę dni przed odpustem wielkanocnym w miejscowości Cranfield, gdzie niedaleko tego miasteczka, uratowaliśmy grupę podróżnych osaczonych przez jakaś hulajpartię, która ich zaatakowała. Po tej walce, zaopiekowaliśmy się kobietą, która wraz z jednym towarzyszem, przeżyła jako jedyna z tego pogromu. A prawdę mówiąc żałuje, że wtedy nie zginęła, gdyż wyczuwałem od niej jakaś dziwną aurę, jakby była nie z tego świata. Przy czym miałem nie odparte wrażenie, że jest naprawdę zła.


***


Kobieta spojrzała uważnie na Nicolasa, przyglądając się mu się i zastanawiając się nad tym co jej powiedział. Po dłuższej chwili beztrosko uśmiechnęła się do niego, jakby nie przejęła się zbytnio tymi rewelacjami. Przez co wprawiła młodzieńca w zakłopotanie, ponieważ ten był przekonany, że co najmniej weźmie go za osobą nie normalną, jak nie chorą psychicznie albo powie mu, by mniej pracował i więcej odpoczywał. W końcu nadmiar pracy źle wychodził na zdrowiu. Isabelle wzięła go pod rękę i wolnym krokiem ruszyli w stronę lasu.
- Masz rację, oni nie są ludźmi... - zaczęła mówić powoli, uważnie dobierając słowa. - są czymś więcej, ale nie w sensie, lepsi czy gorsi oni są po prostu inni... A raczej pochodzą z innego świata, najprościej to ujmując. - Rozmawiała z nim, jak gdyby tłumaczyła dziecku tabliczkę mnożenia. Widzą szczerze zdziwioną minę chłopaka i uprzedzając jego lawinę pytań dalej kontynuowała. - nie wiem, jak się dostali tutaj i jakie mają zamiary, ale dopóki nie wykazują wrogości, mogą z nami podróżować. Ba, może się na coś przydadzą. - zaczęła mówić już swobodnie - Zresztą sam słyszałeś co mówiła Anne, jej się podoba nasz teatr. A i do ciebie się zalotnie uśmiechała, więc bądź dla niej miły dobrze? - zakończyła swoją wypowiedź, mrugając do niego okiem i śmiejąc się przy tym radośnie. Coś w jej zachowaniu było, że Nicolasa zaczęły opuszczać podejrzenia. Ale nadal miał przeczucie, że coś z tą kobietą jest nie tak. A co do Isabelle, ona chyba za bardzo wierzyła w dobroć innych ludzi... "Ludzi" w tym przypadku, to chyba złe określenie. Pomyślał chłopak.
- A, a co z - urwał w połowie zdania zastanawiając się, jak zapytać o ICH grupę. Ponowie z zakłopotania wybawiła go kobieta, domyślając się o czym myśli - Nie którzy z naszych przyjaciół... też nie są ludźmi... też są inni - spojrzała na niego wymownie - Musiałeś przecież zauważyć, że ten przystojny blondyn Malcolm i jego brat znikają raz w miesiącu, gdy jest pełnia... oni są wilkołakami, a mimo wszystko zdążyłeś się z nimi za przyjaźnić... a nawet łączy was coś w rodzaju hymm, braterstwa krwi - zaśmiała się na tą myśl - w końcu nauczyli cię walczyć sztyletem, co prawda zostawali parę blizn, ale czego się nauczyłeś to twoje. Tak samo jest z Jonathanem czy Nathanem... Oni też się są ludźmi. - Nicolas trochę już z mniejszym przerażaniem, spojrzał na kobietę. Choć w tym momencie coś stało mu w gardle, gdy przyszło mu na myśl, jedno krótkie pytanie - A Ty? - wypowiedział na głos swoje myśli - A Ty kim jesteś? -
- W starej mowie, to będzie brzmiało...- Kobieta nie przejrzała się zbytnio jego pytaniem, zdając sobie sprawę, że w końcu o to zapyta. A dłużej ukrywanie na TEN temat prawdy, nie miało sensu, szczególnie po wydarzeniach sprzed tygodnia. - Faerine - wypowiedziała melodyjnym głosem. Po czym już normalnie dokończyła swoją wypowiedź - w mowie wspólnej, to słówko oznacza wróżkę. - uśmiechnęła się. - No wiesz, taką małą co ma skrzydełka i lata, płatając różne figle i psoty. - Zaśmiał się trochę nerwowo. Podświadomie zdawał sobie z tego sprawę, że Isabelle nie jest taka jak on. Ale gdy wypowiedziała, to na głos, zatkało go na jakiś czas. - A mój ojciec? A ja kim jestem? - ponownie wypowiedział na głos swoje myśli, kierując to pytanie bardziej do siebie aniżeli do niej. Na myśl o jego ojcu, kobieta trochę posmutniała. - Sam powinieneś znać odpowiedź na to pytanie.


***


Promienie księżyca oświetlały polanę, na której leżały zakrwawione ciała. Nie które z nich drgały jeszcze przez krótką chwilę w konwulsjach, po to by zaraz zgasły w nich ostatnie skierki życia. Anne przechodziła między ciałami i przypatrywała się im z lekkim uśmiechem na twarzy. Zatrzymywała się na przy nich na chwilę by popatrzeć, jak się męczą. Najwyraźniej ból innych sprawiał jej jakaś dziwną satysfakcję. Ona zrobiła swoje, więc tylko śpiewała wesoło:

"Kto się tej wody chociaż raz napije *1*
Tego oplotą jadowite żmije
Nie zazna serca normalnego bicia
Ni chwili myśli spokojnej za życia

Będzie w szaleństwie szarpał własne ciało
Rył pazurami pod lodową skałą
I póki życia każdą chwilę strawi
Żeby zatrute źródło bólu zdławić"

Otruła ich wszystkich. Trucizna osłabiła ich organizmy tak, aby nie byli w stanie obronić się przed atakiem Marcusa. Jej towarzysza, którego - ironio - uratowali miesiąc temu. Naiwni. Powinni byli pozwolić, aby łowcy ich wykończyli. Zdawała sobie sprawę, że wkrótce ruszy za nią nowa grupa, gdy tamci nie powrócą. W sumie wygodnie jej było, przez pewien czas podróżować z tymi pożal się boże aktorami. No, ale cóż odegrali swoje role w jej przedstawieniu, więc już byli nie przydatni. Pomyślała i podeszła do Nicolasa, nucąc dalej:

Lecz są i tacy którym łyk napoju
Nad studnią jadu szepnie o spokoju
Ci na bezdrożnych przestrzeniach
Zapomną domu swego i imienia

Ty który słuchasz jak się słucha baśni
Albo wyblakły odczytuje napis
Nie wierzysz, uśmiech twoją twarz rozjaśnił
Bo tyś się dawno już z tej studni napił!

W sumie nie wiedziała czemu go oszczędziła. Może dlatego, że spodobał się jej albo miała taki kaprys. Kazała Marcusowi, aby go nie zabijał. Gdyż miała zamiar zabrać go ze sobą i się trochę zabawić.... Sykała ze złością, patrząc jak chłopak wije z bólu. Na jego ciele było widać ślady po pazurach wilkołaka, kucnęła przy nim i ze zdumieniem stwierdziła, że rany są powierzchowne. - Leż spokojnie, nic ci nie będzie - powiedziała, wyjmując z torby opatrunek i rozglądając się przy okazji za Marcusem. Zobaczyła go po chwili, opartego nieopodal o wóz, który znajdował się tuż przy polance. Z jego piersi, wystawał sztylet. - Srebro? zabiłeś go? - zapytała się z niedowierzaniem, kręcąc głową w sumie bardziej z wyrazem uznaniem aniżeli złości. - Głupi. - Skomentowała krótko. Nicolasa przepełniła w tej chwili ogromna nienawiść, gdyż zdał sobie sprawę z tego co się stało i kto jest winny śmierci tych wszystkich osób. Kobieta wykorzystała sytuacje i zaatakowała, podczas gdy grupa była podzielona. Isabelle na całe szczęście udała się do najbliższego miasta, by poprosić tamtejszych ludzi o pomóc w naprawie wozów, które się zniszczyły... zostały zniszczone przedwczoraj, pewno przez Marcusa. A Malcolm wraz z baratem, jak co miesiąc oddali się z obozu na parę dni. Reszta naprawiała wozy, gdy Anne podała im zatrutą wodę. Chłopak zdążył jeszcze zapytać. - Dlaczego? - zanim stracił przytomność po tym, jak Anne ogłuszyła go. Na jego pytanie nie odpowiedziała. Wzruszyła ramionami.



***

- Los bywa przewrotny nie prawadaż, Anne? Raz ty kogoś otrujesz, a potem ktoś ciebie... - powiedział Nicolas uśmiechając się radośnie. Przeszedł przez cały pokój i usiadł wygodnie w fotelu. Spojrzał z satysfakcją, na kobietę, która zdała sobie sprawę, z tego co się właśnie stało. Znikł z jej twarzy ten wiecznie kpiący uśmieszek, jakim go zwykle raczyła. Już się perliście nie śmiała. Nie miała z czego. Tylko patrzyła z przerażeniem na młodzieńca, który z zainteresowaniem przyglądał się jej wyczynom. Niezdanie przeszła parę kroków i przewróciła się na łóżko. Zaczęła dygotać. Nie mogąc powstrzymać ślinotoku, zaczęła pluć krwią na pościel i niewyraźnie coś bełkotać. Nicolas wstał. wygładził ubranie i wolnym krokiem podszedł do niej, siadając na łóżko. - Chcesz mi coś powiedzieć na pożegnanie, Kochana?- zakpił sobie z niej.
- prze... klin...am... , przeklin...am cie, skur... wys... - wymamrotała zanim wyzionęła ducha. Parę dni wcześniej przyrządzała truciznę dla jednego z klientów. Okłamał ją, że ten przyszedł po towar. Całe szczęście Anne była chciwa i chciała zapłaty z góry. klient zapłacił. Dlatego nie pytała o pieniądze. Nicolas dosypał do wina zabójczą substancję, a ona nie podejrzewając niczego wypiła. Trucizna ponoć była nie wykrywalna, po zmieszaniu z jakimkolwiek trunkiem, tak mówiła Anne. Nie kłamała. Gdyby nie traktowała go jak sługę i nie kazała robić sobie śniadań, to pewno by jeszcze żyła. Chłopak wstał i wyszedł pokoju, wzruszając ramionami. -


***

Niestety nie spełniła się moja nadzieja, że po jej śmierci, będę wolny. Niestety zbagatelizowałem przekleństwo tego demona... Ona przywiązała się do mnie, już chyba na zawsze. Choć myślałem, że to koniec.... Nie. Dała o sobie znać, parę tygodni później powodując pożar z którego, ledwo co wyszedłem żywy. Z kolejną blizną. Pożar miał miejsce parę lat temu... i do tej pory muszę się nią męczyć. A co do moich starych towarzyszy... mam nadzieję, że ktoś przeżył tą masakrę. Bojąc się, że Anne może zaatakować Isabelle, nie szukałem jej. Ani nie próbowałem się z nią więcej kontaktować. Choć mam jeszcze tyle pytań, na które nie znam odpowiedzi.



*1*Uwótr nazywa się "Zatruta Studnia"


Ostatnio zmieniony przez Nicolas de Robespierre dnia Pią 28 Maj 2010, 21:21, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Nicolas de Robespierre

avatar

Profesja : Artysta
Wiek postaci : 22

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Pią 28 Maj 2010, 17:05

Skończyłem.
Powrót do góry Go down
Donatien
Admin
avatar

Profesja : Arystokrata
Wiek postaci : Nieznany (ciało: 21 lat)

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Sob 29 Maj 2010, 17:23

Karta bardzo ładna i ciekawa. Mam tylko jedno zastrzeżenie: Astral Negatywny po utracie ciała nie może pozostać na Ziemi w formie ducha. Dlatego też doradzam zmianę rasy panny Anne na ludzką (lub też inne modyfikacje w historii, o ile zależy Ci na tym by pozostała ona demonem).

__________________

"I zło chce nas jedynie uszczęśliwić."
- Stanisław Jerzy Lec
Powrót do góry Go down
http://victorianlondon.forumpolish.com
Nicolas de Robespierre

avatar

Profesja : Artysta
Wiek postaci : 22

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Sob 29 Maj 2010, 18:35

Szkoda, że nie może pozostać demonem, bo bardzo ładnie się wpasowała w mój zamysł. A może być faerie? Chodzi o to by po śmierci była złym duszkiem. Historia jest na tyle elastyczna, że rasa Anne, którą admin bezbłędnie zinterpretował, może być także inaczej odczytana(właśnie jako wróżka).
Powrót do góry Go down
Donatien
Admin
avatar

Profesja : Arystokrata
Wiek postaci : Nieznany (ciało: 21 lat)

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Sob 29 Maj 2010, 22:54

Tak, faerie może być. Ten pomysł mi się podoba, więc już w tym momencie ze spokojem daję Ci akcepta.

Ach, i jeszcze tylko jedno pytanie. Na cóż Twojej postaci rewolwer i naboje skoro nie umie strzelać?

__________________

"I zło chce nas jedynie uszczęśliwić."
- Stanisław Jerzy Lec
Powrót do góry Go down
http://victorianlondon.forumpolish.com
Nicolas de Robespierre

avatar

Profesja : Artysta
Wiek postaci : 22

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Sob 29 Maj 2010, 23:57

by udawać, że umie. Zresztą wydaje mi się, że każdy umie jakoś strzelać, przecież wymierzyć i nacisnąć spust, to nie sztuka. Co innego już trafić. Jednak, jeśli to jest problem, to mogę usunąć pistolet, gdyż do szczęścia mojej postaci nie jest. Co prawda, może być dobrym rekwizytem do odegrania jakieś scenki. np. udawania tajnego policjanta tudzież (jawnego)bandziora albo odegrania dramatu. W parku nad rzeką, postać A rozdziera koszule na piersi, dramatycznie gestykulując przy tym i mówiąc, iż świat się dla niej skończył. Następnie przykłada lufę rewolweru do skroni i spojrzeniem pełnym żalu, wybiera "ofiarę" w tłumie ludzi, mówiąc do niej: Jak mogłaś mnie zdradzić! Na co raz zebrani gapiowie zaczynają szemrać złowieszczu przeciwko kobiecie, która nie ma pojęcia o co chodzi temu psychopacie. A gmin już wie co się zaraz stanie... bo o to właśnie mężczyzna naciska spust rewolweru... i następnie głuchy szczęk, przeskakującego bębenka. Mężczyzna jęczy zawodnie. Teraz wkłada lufę do ust i ciągnie jeszcze raz za spust... cisze przerażenia, która nastała przerywa jedynie głośnie pierdnięcie jednego z niefrasobliwych dzieciaków. Na co mężczyzna pada na ziemie myśląc(a raczej czując), że broń wypaliła. Ogłupiały tłum też tak pomyślał, więc kobiety zaczęły donośnie szlochać. Na co nasz bohater... stwierdził, że jednak nie umarł. Dlatego też wstaje i po prostu odchodzi, zostawiając za sobą zdezorientowanych ludzi.

Do takich akcji jest potrzeby rewolwer!
Powrót do góry Go down
Donatien
Admin
avatar

Profesja : Arystokrata
Wiek postaci : Nieznany (ciało: 21 lat)

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Nie 30 Maj 2010, 00:18

Prawda, prób strzelenia i trafienia w cel nikt nie zabrania i też nikt nie zakazuje posiadania rewolweru bez umiejętności strzeleckich (wszak w innym wypadku nie dałbym akcepta).
Z całą pewnością takie scenki warte są wydania sporej sumki na broń (niekiedy tylko nie wiedzieć czemu gratis dostajemy "przytulny" pokój z kratami w oknach).

__________________

"I zło chce nas jedynie uszczęśliwić."
- Stanisław Jerzy Lec
Powrót do góry Go down
http://victorianlondon.forumpolish.com
Nicolas de Robespierre

avatar

Profesja : Artysta
Wiek postaci : 22

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Nie 30 Maj 2010, 00:57

Czyli rozumiem, że nie ma innych zastrzeżeń? A pistolet, w ostateczności może zostać? (najwyraźniej, ktoś potrafi docenić dobrą sztukę!)
Powrót do góry Go down
Donatien
Admin
avatar

Profesja : Arystokrata
Wiek postaci : Nieznany (ciało: 21 lat)

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Nie 30 Maj 2010, 01:02

Rewolwer - tak. Pistolet - nie.
Tak, z mojej strony nie ma zastrzeżeń. Teraz tylko jeszcze brakuje nam opinii i akceptacji Grabarza.

__________________

"I zło chce nas jedynie uszczęśliwić."
- Stanisław Jerzy Lec
Powrót do góry Go down
http://victorianlondon.forumpolish.com
Grabarz
Główny Mistrz Gry
avatar

Profesja : Medyk (grabarz)
Wiek postaci : 45 lat

PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   Nie 30 Maj 2010, 23:18

Wśród ciemności rozległy się nagle cichutkie, osamotnione oklaski. W mroku poruszyła się jakaś wysoka, wychudzona sylwetka...niestety czarny całun nokturnu nie pozwalał oczom na ocenę jej wyglądu.
-Znakomita karta, Mister Robespierre!-Głos nieznajomego, bo był to niewątpliwie mężczyzna, nie należał do najprzyjemniejszych w brzmieniu.-Czyta się doprawdy wybornie! Dostaje Pan moje pełne poparcie...witamy w Londynie!
Potem zapadła głucha, nie przerywana żadnym, najcichszym nawet dźwiękiem cisza.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Nicolas de Robespierre   

Powrót do góry Go down
 
Nicolas de Robespierre
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Victorian London RPG :: Informacje :: Karty postaci :: Zaakceptowane-
Skocz do: